Każdy prawdziwy entuzjasta motoryzacji marzy o samochodzie przykuwającym spojrzenia wszystkich przechodniów i mającym piekielnie dużą moc. Dodajmy do tego możliwość przewożenia więcej niż dwóch osób, a na myśl pewnie przyjdą większości z Was niemieckie marki. Ale czy słusznie? Przecież mogą być inne ciekawe propozycje. Tak jak tytułowe Infiniti Q50S z oszałamiającą mocą 400 koni wydobywających się z 3 litrowej „Vał szóstki”.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Test Infiniti wypadł dość spontanicznie, dwa dni przed odebraniem auta otrzymałem telefon, po którym zaraz pojawił się uśmiech na twarzy. W środę do odbioru będzie Infiniti Q50. I to, jakie. Z najmocniejszym silnikiem w gamie, 405 konna jednostka V6 Twin Turbo. Nadchodzi dzień odbioru i jest… pierwsze wrażenie. Lakier Iridium Blue wygląda na tym aucie fenomenalnie.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

W przeciwieństwie do swoich głównych, niemieckich rywali Infiniti Q50 jest bardziej zgrabne. Samochód nie wygląda na sztucznie napompowane. Naturalna linia mocno podkreśla japońskie pochodzenie. Pierwsze, co rzuca się w oczy to wielki trapezoidalny grill umieszczony pionowo. Agresywnie zakończone reflektory Full LED współgrają z kanciastymi nakreśleniami linii samochodu.  Zderzak najmocniejszej wersji Red Sport ma delikatne zmiany względem słabszych wariantów, starając się ukryć to, co kryje się pod maską Infiniti.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

No może poza skromnym oznaczeniem 3.0T zaraz za przednimi kołami. To samo tyczy się pięcioramiennych 19 calowych felg z oponami o niskim profilu. Cała reszta bocznej linii ukrywa sportowego ducha samochodu pod smukłą sylwetką eleganckiego sedana. Charakterystyczny detal niektórych modeli Infiniti, chromowana obwódka w kształcie płetwy rekina znalazła się również i w Q50.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Tył japońskiego sedana najbardziej odkrywa jego geny. Jeśli ktoś nie zna marki Infiniti lub ukrylibyśmy znaczek to większość ludzi z pewnością potwierdziłoby pochodzenie samochodu z kraju kwitnącej wiśni. Ostatni punkt zewnętrznej linii auta przedstawia zgrabna sylwetka, wąskie, długie lampy i dwie końcówki wydechu umieszczone w sporym zderzaku.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Japońskie DNA poznamy również po wnętrzu. To jedyny newralgiczny punkt samochodu, który nie jest dla mnie ideałem. Mowa tu przede wszystkim o układzie nawiewów i dwóch ekranów systemu multimedialnego. Koncepcja z dwoma ekranami jest, co najmniej bardzo dobra, to irytują dwa typy wyświetlaczy, matowy i błyszczący. Co do reszty Designu wnętrza nie mam nic do zarzucenia. Materiały wykończeniowe są dobre, chociaż w mniejszym Q30 wydaje się, że elementy są bardziej wyrafinowane i miękkie. Model Q50 ma nieco twardsze, ale wciąż na bardzo wysokim poziomie jakościowym wykończenie.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Jak już wcześniej zdążyłem napomknąć, decyzja związana z dwoma wyświetlaczami systemu multimedialnego ma swoje wady i zalety. Przede wszystkim to, co dzieje się na ekranach jest rozdzielone, dzięki czemu możemy korzystać z map nawigacji i całego szeregu pozostałych funkcji jednocześnie. Dobrze, że tradycyjne przyciski od klimatyzacji zostały zachowane, a ich ilość i rozkład nie przytłacza.  Szkoda jednak, że jakość obu wyświetlaczy jest różna, jeden ekran jest matowy, drugi błyszczący. Jeden bardziej schowany w głąb deski rozdzielczej, drugi zaś jest idealnie w nią wpasowany. I to chyba jedyne wady. System jest prosty i intuicyjny, więc jeśli ktoś lubi wyzwania i grzebanie po kategoriach i podkategoriach menu, to również można uznać, jako wadę. Jednak prosta i zwarta obsługa to dla większości z nas zaleta. Tu system telematyczny spisuje się niezwykle poprawnie. Na pochwałę zasługuje znakomity system nagłośnienia Bose, który składa się z 16 głośników. Gra czysto, a duża moc nagłośnienia pozwala na stworzenie istnej sali koncertowej we wnętrzu Japońskiego sedana.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Przednie fotele zostały pokryte perforowaną, skórzaną tapicerką w jasnym kolorze. Kształtem nie przypominają foteli, których spodziewalibyśmy się w samochodzie o sportowym zacięciu. Jest elegancko, ale swoje główne zadanie spełniają bardzo dobrze. Mamy elektryczną regulację obu siedzisk, podgrzewanie, regulację długości, a kierowca dodatkowo będzie zadowolony z elektrycznej regulacji kierownicy i pamięcią położenia zarówno fotela jak i kierownicy. Całość sprawia, że poczujemy się jak najbardziej Premium.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Z tyłu nie można było się spodziewać innych wyników. Ilość miejsca jest przeciętna i to chyba zmora wszystkich samochodów Premium. Co prawda przy wzroście 180 cm zmieścimy się w sam raz, ale zapasu miejsca nad głową czy nogi już za wiele nie będzie. Sama kanapa jest bardzo komfortowa. Są nawiewy w tunelu środkowy i podłokietnik z miejscem na kubki.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Bagażnik ma pojemność 500 litrów, czyli więcej niż u większości konkurencji. Duży otwór sprawia, że zmieścimy szersze przedmioty, ale tylko jeśli nie będą zbyt długie. Nadkola mocno zwężają szerokość bagażnika w jego dalszej części. Zamiast koła zapasowego mamy opony typu Run Flat.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

W końcu czas przejść do tego, co najciekawsze, czyli silnik i radość z jazdy. Pod maską znalazła się jednostka V6 Twin Turbo o mocy 405 KM. Jest to jednostka, która pojawiła się w ofercie w ubiegłym roku w dwóch odmianach, drugiej 300 konnej. My na szczęście mieliśmy tą przyjemność testowania najmocniejszej wersji w ofercie. Swoją moc maksymalną silnik osiąga przy 6400 obr./min. Maksymalny moment obrotowy 475 Nm jest możliwy do osiągnięcia w zakresie 1600-5200 obr./min. dzięki dwóm turbosprężarkom działającym sekwencyjnie, stąd tak duży zakres.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Silnik został połączony z 7 biegową skrzynią automatyczną G-Tronic, która nieco ostudza jego możliwości, tak samo jak napęd na tylną oś. Dlatego przyspieszenie do „setki” trwa 5,1 sekundy, tyle samo co w wersji hybrydowej. Ale czy jest na co narzekać? Całość sprowadza się do frajdy, którą ma nam sprawiać samochód. A to robi bezbłędnie.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Moc w połączeniu z tylnym napędem sprawia, że samochód daje sporą dawkę pozytywnych emocji, a gdy spadnie deszcz, będzie chciał, abyśmy się z nim bawili. Chyba, że chcemy mocniejszych wrażeń i na mokrej nawierzchni zdecydujemy się mocniej wcisnąć pedał gazu, a prawdziwi szaleńcy wyłączą w takich warunkach kontrolę trakcji. Wtedy niewinna zabawa przeradza się w prawdziwą walkę o przetrwanie. Na suchej nawierzchni jest już zdecydowanie łatwiej opanować samochód, nawet przy wyłączonej kontroli trakcji, samochód wykonuje efektowny uślizg, po czym z łatwością wraca na zadany mu tor. Zamiast tradycyjnego mechanizmu różnicowego zastosowano tu elektroniczną szperę, która w tym wszystkim nam pomaga.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Do wyboru mamy 6 trybów jazdy. Snow, Eco, Standard, Sport, Sport+ i Personal. Pierwszy z nich ma pomagać zmieniając charakterystykę silnika podczas jazdy w śniegu i utrudnionych warunkach atmosferycznych, również w deszczu, gdyż jak już wspomniałem, moc, tylny napęd i mokra nawierzchnia to iście piekielne połączenie. Tryb Eco powoduje nie mniej, nie więcej jak próbę zmniejszenia zużycia paliwa. A raczej zapobiega jego zwiększeniu, gdyż wciskając mocno gaz po prostu nie dzieje się nic nadzwyczajnego, samochód delikatnie przyspiesza oszczędzając nam pieniędzy na koncie. Standard jak sama nazwa wskazuje jest podstawowym ustawieniem, które załącza się przy każdorazowym uruchomieniu silnika. Zmiana trybu w Sport i już jesteśmy coraz bliżej ciekawszych wrażeń. Zmienia się charakterystyka zawieszenia, a skrzynia biegów utrzymuje wyższe obroty i szybciej reaguje na zachowanie kierowcy. Sport+ zmienia całą dynamikę samochodu wyciskając z niego maksimum. Wyłączmy do tego kontrolę trakcji i mamy prawdziwego potwora gotowego na jazdę po torze. To ustawienie najbardziej przypadło mi do gustu. Dźwięk silnika, którego być może nie usłyszymy z sąsiedniego osiedla jest przyjemny dla ucha, a redukcja biegu podczas hamowania zawsze przyprawia o uśmiech na twarzy. Ustawienie Personal pozwoli na dostosowanie parametrów samochodu do własnych potrzeb.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Niskie sztywne zawieszenie połączone z niskim profilem opon wcale nie musi oznaczać pożegnania z komfortem. Infiniti tworzy tutaj coś, co nie wszystkim się udaje. Powiązać sport z komfortem. Auto wyposażono w system Drive by Wire, czyli kierownica jest połączona z układem skrętnym za pomocą elektroniki. Jest to coś, co nie do końca działa dla mnie tak jak powinno, system nie zawsze reaguje tak samo, zmieniając siłę oporu w taki sposób w jaki bym się tego nie spodziewał. Nie jest to uciążliwe podczas jazdy, jednak nieco zaskakuje. Z drugiej strony precyzja prowadzenia i odczucia przenoszone z kół na kierownicę są bezbłędne. Q50 prowadzi się genialnie, intuicyjnie, a wychodzenie z kontrolowanych poślizgów i dynamiczna jazda jest czystą radością. A w razie potrzeby o bezpieczeństwo zadbają naprawdę mocne hamulce, które zatrzymają Infiniti niemal natychmiast. Najmocniejsza wersja Red Sport, czyli właśnie ta, którą testowaliśmy, otrzymała jako jedyna największe tarcze hamulcowe, 355 mm z przodu i 350 mm z tyłu, czyli tyle co rozmiar felg w miejskim kompakcie.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Decydując się na 400 konne Infiniti zapewne większości właścicieli nie interesuje zużycie paliwa. Są jednak i Ci, którzy po zakupie auta muszą liczyć każdy grosz, albo po prostu ktoś jest ciekaw ile razy potrzeba tankować samochód, aby przejechać z Warszawy nad morze. Producent deklaruje, że ich auto będzie spalało 13,3 l/100km w mieście, 6,7 l/100km w trasie oraz 9,1 l/100km w cyklu mieszanym, a to wszystko wysokooktanowej benzyny. I muszę Wam powiedzieć, że producent się nie myli. Wszystko zależy oczywiście od stylu jazdy i takie wartości uzyskamy jadąc niezwykle spokojnie, a co najmniej nudno i bez korzystania z najważniejszych zalet samochodu. Niektóre pomiary w mieście pozwoliły nawet na uzyskanie zużycia paliwa mniejszego niż deklarowane, mianowicie na poziomie 12 litrów. Przy stałych prędkościach 120 km/h Infiniti zużywa 7,5 litra, a przy 140 km/h będzie to 8,1 litra. Podczas zabawy z autem apetyt na paliwo wzrośnie do 15, 20… litrów.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Infiniti szczyci się sporą innowacyjnością układów pomagających w jeździe i zapobiegających kolizjom. Najciekawszym z nich jest tzw. „tarcza bezpieczeństwa”, czyli nie mniej, nie więcej, co aktywny tempomat umożliwiający pozostawienie kierownicy pojazdowi, oddając mu pełną kontrolę. To co lubię, to reakcja aktywnego tempomatu na to co dzieje się na drodze. Samochód nie zaskakuje, rozpoznaje sytuację szybko, ale zachowuje płynność jazdy. System nie straszy kierowcy hamując w ostatniej chwili. Autopilot nie wymaga trzymania rąk na kierownicy, ale warto przede wszystkim stale monitorować sytuację na drodze. To co chciałbym, aby zostało usprawnione, to aktywny tempomat, który po wyhamowaniu auta do zera, wymaga wciśnięcia pedału hamulca, w przeciwnym razie ruszy do przodu w kierunku przeszkody. Przy parkowaniu pomaga kamera 360 stopni.

Infiniti Q50S fot. Piotr Majka

Infiniti Q50S daje mnóstwo pozytywnej energii. Można się z nim zaprzyjaźnić tak, że chwile, w których trzeba było go opuścić zapadły mi głęboko w pamięci.  Samochód daje ogrom radości, satysfakcji i ciekawych wspomnień. Poza tym znajdziemy tu przyzwoity komfort i nowoczesne systemy usprawniające jazdę na długich dystansach czy w korku. Wyróżnia się z tłumu, przykuwając wzrok ludzi na ulicach. A co najciekawsze, to cena, którą przyjdzie nam zapłacić za 400 konne Infiniti. Ta zaczyna się od 224 tys. zł. Nasz egzemplarz kosztuje zaledwie 37 tys. zł więcej. W przeliczeniu ceny na moc jest to jeden z najciekawszych sedanów, bijących niemieckie, droższe odpowiedniki. Osiągi też nie mają już takiego znaczenia. Bo to, że któreś auto przyspieszy 0,1 sekundy do „setki” szybciej nie jest już takie ważne. Obecnie można liczyć również na ogromne rabaty sięgające nawet 40 tys. zł za rok modelowy MY17.

Dodaj komentarz