Renault Captur to auto stworzone z myślą o dynamicznie rozwijającym się segmencie małych SUVów, łamane na miejskich crossoverów. Powiem wprost od momentu zobaczenia pierwszego zdjęcia tego auta, od razu mi się nie spodobało. Zaklasyfikowałem go jako pojazd dla ludzi, którzy traktują samochody czysto instrumentalnie, jako narzędzie do przewożenia tyłka z punktu A do B. Jednocześnie dla ludzi, którzy mimo tak pejoratywnego podejścia do motoryzacji chcą uchodzić za stylowych i światowych, więc wybierają coś co aktualnie jest modne. No generalnie samochodowe uosobienie wszystkiego czego nie lubię w ludziach. Jak bardzo się pomyliłem przeczytacie dalej. Zapraszam!

Przybyłem na parking salonu Renault trochę przypadkiem, miałem testować inne auto, ale tak się ułożył terminarz, że Captur przypadł w końcu akurat do mnie. Trochę powybrzydzałem, ale co robić, obowiązek, to obowiązek. Na otarcie łez wiedziałem, że auto będzie w najwyższej wersji, czyli Initiale Paris, co mogło zwiastować lepsze wyposażenie, wygodne fotele pokryte skórą i nagłośnienie BOSE. Przynajmniej nie będą mnie boleć plecy i posłucham sobie trochę muzyki, myślałem. Oczekujący mego przybycia Captur zwrócił moją uwagę malowaniem, ciemny, śliwkowy, metalizowany fiolet kontrastował ze srebrnym lakierem na dachu i słupku C. Połączenie dosyć ciekawe i odważne. Niestety srebrny wygląda jak typowy lakier z lat 90-tych, zero perły, zero metalizacji, po prostu srebrny, jakby ktoś malował stary płot farbą na rdzę. Fiolet kontrastował więc tym mocniej, bo prezentuje się świetnie, genialna głębia koloru i opalizujące refleksy, dodają tajemniczości i nieco prestiżu. Generalnie kolorystyka Renault, jest w porządku, z daleka nawet słaby srebrny nie wygląda tak źle. Na pewno plus należy się za nieco bardziej kreatywne podejście do malowania, a jak któryś z lakierów Wam nie odpowiada, zawsze możecie dobrać sobie inny.

A jak ma się reszta Captura? Musicie wiedzieć, że niedawno przeszedł lekki lifting, upodabniający go do wyższych modeli marki. Mamy więc charakterystyczne LEDy z przodu, przemodelowany zderzak i jakieś tam zmiany z tyłu. W sumie tyle. Nie oczekujcie, że będę opisywał każdy zmieniony detal, bo po takie szczegółowe opisy odsyłam Was do prospektu reklamowego francuskiej marki. Od siebie dodam tylko tyle, że auto wygląda dojrzalej, na droższe niż jest w rzeczywistości, na bardziej zwarte i gotowe do ostrzejszej jazdy. Świetnym patentem jest coś, z czym spotykam się już po raz kolejny w nowych autach, a mianowicie progi ukryte pod drzwiami. Prawie za każdym razem wygląda to super, chociaż szczerze mówiąc nie mam pojęcia, dlaczego mi się to tak podoba. Może sprawia, że auto jest bardziej przysadziste, w tym dobrym znaczeniu tego słowa, może to dlatego, że w końcu jest to jakaś odmiana, może dzięki temu zabiegowi, sylwetka auta staje się bardziej spójna? Nie wiem. Tylko rzucam pomysły.

Już na tym etapie musze przyznać, że ten podejrzany twór zwany Captur, zaczął trochę topić lód w moim zmanierowanym sercu, ale skubany najmocniejsze karty miał mi dopiero pokazać. Chował je w środku. Tak wiem, że wersji Initiale Paris nie można brać jako wyznacznik wnętrza każdego jeżdżącego po drogach Captura, ale to co tu się dzieje to jest majstersztyk. Serio. W tych pieniądzach i w tej klasie, nie ma sobie równych. Wygląda świetnie, luksusowo, ciekawie, przyjemnie i przestronnie, a każda kolejna minuta obcowania z Renault tylko utwierdza Cię w pierwszym wrażeniu.

Po pierwsze fotele, fenomenalny komfort, nawet nie najgorsze trzymanie boczne i kojący dla oka design. Nieprzekombinowany, ale też nie zupełnie nudny. Po drugie materiały i jakość wykonania. Zapomnijcie o starych Renówkach, zrobionych z hybrydy rakotwórczego chińskiego plastiku z ebonitem, twardym jak skała i rysującym się od samego patrzenia. Tutaj wszystko jest albo pokryte skórą, albo jest miękkie, no ewentualnie jest małym błyszczącym akcentem. Czujecie się jak u siebie w domu. A jeszcze schowek przed pasażerem, który wysuwa się jak szuflada dokłada swoje 3 grosze do tego wrażenia.

No dobra, a co się zmieniło względem „przedlifta”? Znowu nie będę się skupiał na każdej pierdółce, powiem o tym co rzuca się w oczy przy tygodniowym obcowaniu. Kierownica, wygląda solidniej, jest bardziej poręczna i wygodniejsza. Zegary, więcej elegancji, nieco bardziej świeży design, są zwyczajnie ładniejsze niż wcześniej. Nieco przemodelowane wloty powietrza na środku deski rozdzielczej i to by było na tyle. Jak widzicie zmiany są bardziej ewolucyjne niż rewolucyjne, ale za to każda z nich jest przemyślania i trafiona w punkt. Wole taki spokojny lift niż zmienianie połowy auta w amoku przemian, a na koniec wychodzi gorzej niż było, tutaj lifting zdecydowanie poprawił ogólne wrażenie z obcowania z Capturem.

Najmniej zmian w stosunku do odmiany sprzed zabiegów odświeżających nastąpiło w kwestii mechaniki. Pod maską mojej testówki znalazł się silnik 1.2 Tce o mocy 110 koni, połączony z automatyczną skrzynią biegów o 6 przełożeniach. W dobie małych motorów wyposażonych w turbosprężarkę nie zaskakuje przyzwoita dynamika idąca w parze z rozsądnym apetytem na paliwo. Do prędkości dozwolonej na autostradzie czyli 140 km/h nie musicie bać się obycie zawalidrogą, powyżej siła przyspieszenia wyraźnie słabnie, a mały silnik zaczyna łapać zadyszkę, mimo skoku zapotrzebowania na benzynę. Przy jeździe miejskiej i spokojnej poza miejskie spalanie klaruje się na poziomie około 6,5 litra. W trasie powyżej 120 km/h musimy się liczyć z wynikami od 7,5 litra w górę. Umówmy się, Captur nie jest autem autostradowym, tak samo jak nie jest terenówką, jest samochodem zaprojektowanym głównie z myślą o poruszaniu się po miejskiej dżungli i tutaj sprawdza się idealnie. Z racji lekko podwyższonego zawieszenia, z zza kierownicy mamy dobrą pozycję obserwacyjną tego co dzieje się przed nami. Silnik zapewnia nam odpowiedni zastrzyk mocy, a skrzynia, może nie jest najszybsza na świecie to jednak łatwo można się z nią dogadać i intuicyjnie wyczuć czas, który będzie potrzebowała na reakcję. Całości dopełnia przyjemnie działający układ kierowniczy, który nie sili się na pseudosportowe doznania, a przy tym daje nam czytelne informacje o tym co dzieje się z przednimi kołami.

Pozytywnym zaskoczeniem jest też zawieszenie, tym bardziej kiedy spojrzy się na samochody Renault sprzed paru lat. Wtedy było albo wygodnie przy jednoczesnym prowadzeniu się jak ponton na morzu kisielu, albo prowadzenie ostre jak skalpel Religi, ale za to zawieszenie było tak twarde, że w salonie dostawaliście receptę na Tramal. Wyciągniecie z tych dwóch skrajności jakiejś sensownej średniej było przez wiele lat czymś absolutnie niemożliwym dla inżynierów francuskiej marki. Nie wiem co się zmieniło, ale wreszcie udaje im się zrobić auto o niebo bardziej wygodne od niemieckiej konkurencji, a przy tym nie już odstające od niej pod względem prowadzenia. Ta pozytywna zmiana w sferze wrażeń z jazdy może przyciągnąć porządny zastrzyk nowych klientów do francuskiej marki, brawo Wy!

Nadszedł czas na podsumowanie tygodnia jazdy w kapturze (hehe #sucharek). Samochód który uważałem za kolejny przejaw bezsensownych wynalazków dla ludzi, którzy traktują samochód wyłącznie jako narzędzie, okazał się być zaskakująco dobrym wyborem dla osób które potrzebują zwinnego i jednocześnie wygodnego auta miejskiego. Captur nie boi się ciasnych uliczek i gęstego ruchu, a przy tym nie musicie iść na terapie leczenia z klaustrofobii przed wyjazdem za miasto w kilka osób. Łączy w sobie odpowiednią dawkę dynamiki z wygodą. Ciekawy design nie oznacza tutaj przesady z ekscentrycznymi formami i kolorami. Nie jest nudno, a przy tym nie mamy wrażenia obcowania z gadżetem, tylko z normalnym dojrzałym samochodem. Mały SUV-o/crossover od Renault okazał się być samochodem o przynajmniej klasę lepszym niż wydawał się przed spotkaniem. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest jedną z najlepszych opcji w swoim wymagającym i zróżnicowanym segmencie, świetna robota!

[TEST] Renault Captur 1.2 TCe 120 EDC Intens

Dodaj komentarz