W kręgach ludzi zajmujących się przemysłem już od kilku lat panuje przekonanie, że Chińczycy są w stanie zrobić wszystko. Czasy kiedy napis „made in china”, był gwarancją żałosnej jakości odeszły bezpowrotnie. Oczywiście tandeta nie zniknęła z Chin, co to, to nie. Za to nasi skośnoocy bracia nauczyli się robić rzeczy o niemal każdym zaawansowaniu technicznym i zgodne z wszelkimi normami jakości. Wszystko jak zwykle jest kwestią ceny. A jednym z najlepszych przykładów na to, że ta teza jest prawdziwa, jest nowe szwedzko-chińskie kombi. Przed Wami nowe Volvo V90 z pakietem R-Design. Pora zweryfikować jak chiński kapitał wpłynął na flagowy szwedzki okręt.

W takiej scenerii przyszło mi testować V90. Chyba nie mogłem trafić lepiej…

Właściwie to V90 nie jest już wcale takie nowe, bo jego oficjalna prezentacja miała miejsce w lutym 2016 roku, więc całe dwa lata temu. Czy widać po nim upływający czas? Ani trochę. Właściwie V90 wygląda na tyle świeżo, że spokojnie mogłoby być zaprezentowane na właśnie zakończonych targach w Genewie i dalej ludzie robiliby WOW! W sumie Volvo trochę tak zrobiło z modelem V60. To jednak temat na inną historię.

Chiński kapitał, szwedzka stylistyka.

To jak szwedzkie kombi wygląda już pewnie wszyscy wiecie, bo każdy kto interesuje się samochodami nawet w minimalnym stopniu musiał się z nim zetknąć. To też, nie będę się zbytnio nad tym aspektem rozwodził. V90 to zupełnie nowa jakość jeżeli chodzi o design w szwedzkiej marce. Kontynuuje stylistykę wyznaczoną przez SUVa XC90, ale mam wrażenie, że to właśnie kombi doprowadziło ten styl do perfekcji. Wszystko tutaj jest przemyślane, idealnie skomponowane i tak bardzo skandynawskie jak tylko możecie sobie wyobrazić.

Te lampy stały się charakterystycznym elementem całej nowej linii Volvo.

Auto sprawia wrażenie jakby było wyciosane z jednego litego bloku krystalicznie czystego, arktycznego lodu. To co od razu rzuca się w oczy, to praktycznie całkowity brak obłości, niemal każda krzywizna, każde załamanie, jest ostre i surowe niczym szwedzka zima i tak samo długie. Tak, V90 jest przeogromne, jest dokładnie tak wielkie jak niegdyś były szwedzkie kombi, takie jeszcze z napędem na tył. Widać, że nowe dziecko Volvo czerpie garściami z dziedzictwa, legendarnych już starszych braci. Tutaj dostajemy jednak coś więcej, bo dziewięćdziesiątka nie jest tylko kanciastym solidnym samochodem, budzącym poczucie bezpieczeństwa. Tutaj dodatkowo dostajemy sporą dawkę elegancji i prestiżu w stylu minimalistycznym.

Jest sport?

R-design? Dynamiczny, ale czy sportowy?

Nasze auto było wyposażone w opcjonalny pakiet R-design, który ma nadać gigantycznemu kombi nieco sportowego sznytu. Czy to się udaje? Mam mieszane uczucia. Raczej nie traktowałbym  pakietu R, jako próbę zrobienia z Volvo wyścigówki, a raczej jako opcja dla młodszej klienteli. Dzięki inaczej zarysowanym zderzakom, auto wygląda bardziej jak samochód dla gościa koło 30-tki który jest w szczytowym momencie swojego życia, zamiast jak wygodne i funkcjonalne kombi dla faceta koło 50tki, który swoje już zarobił, a teraz chce spokoju i komfortu bez zbędnego rzucania się w oczy. Tak, czy inaczej V90 zarówno w wersji bardziej eleganckiej jak i bardziej sportowej, powala mnie swoim designem na kolana i długo musiałbym się zastanawiać, którą wersję wybrać dla siebie.

No dobrze, ale mimo swojej niewątpliwej urody dziewięćdziesiątka to nie jest auto, które ma stać pod modnym klubem i przykuwać spojrzenia młodych dam. To prawdziwy krążownik, auto stworzone do pokonywania dużych odległości i robienia tego w najlepszym możliwym wydaniu, pora więc wskoczyć do środka i sprawdzić, czy czuć tam stereotypową chińszczyznę, czy raczej szwedzkie doświadczenie i profesjonalizm.

Zobacz również:   [TEST] Renault Koleos 2.0 DCI 175 KM X-Tronic 4x4 Intens

Pierwsze co, przynajmniej mi, rzuciło się w oczy, to nie do końca skorelowane z karoserią wnętrze. Otwieramy drzwi i tutaj czeka nas nieco inny świat. Z resztą bardzo dobre, bo takie nagromadzenie ostrych kantów i form we wnętrzu mogłoby nie być zbyt dobrym pomysłem. Zwłaszcza jeśli auto ma być maksymalnie komfortowe w dalekich podróżach, a nie tylko być efektownym, za to mało funkcjonalnym gadżetem. We wnętrzu czuć zdecydowanie więcej luksusu, chociaż filozofia skandynawskiego minimalizmu dalej jest obecna.

Oszczędny luksus.

Z racji, że w momencie przeprowadzania testu zima w Polsce zaczęła się bawić w bicie rekordów mrozu, nie patrzyłem zbyt długo na wnętrze przez otwarte drzwi, tylko czym prędzej wskoczyłem do środka. Oczywistą, oczywistością jest, że przy tych rozmiarach miejsca jest w brud. Każdy z pasażerów może mieć 2 metry, co nie przeszkodzi nikomu w znalezieniu dla siebie wystarczającej ilości przestrzeni. Wszystkie z tych dwu metrowych osób mogą być kobietami i jechać na tygodniowe wakacje, a w bagażniku zostanie jeszcze kupa miejsca na pamiątki przywiezione z tejże podróży. Póki co, można więc śmiało powiedzieć, że V90 to perfekcyjne auto do robienia wrażenia na kontrahentach z mocno dopracowaną funkcją auta rodzinnego.

Materiały są najwyższej jakości

W tym segmencie to jednak nie wystarczy, konkurencja jest ostra i każdy z potencjalnych rywali to auta, które są już niebywale blisko ideału, pora więc zacząć przyglądać się bliżej. Po pierwsze fotele. Oczywiście można twierdzić, że u konkurencji są lepsze, bo mają więcej opcji masażu i są regulowane bardziej elektrycznie, tutaj nie ma przecież nawet regulowanych zagłówków! Ale gwarantuje Wam, że to tylko teoretyczne rozważania. Volvo od dekad słynie z fenomenalnie wygodnych foteli i powie Wam to każdy, kto miał okazję przejechać na nich dłuższą traśe. Serio, nie mam pojęcia jak oni to robią, ale zwyczajnie nie da się zrobić tego lepiej. Ja po pokonaniu trasy z Warszawy do Suwałk, bez żadnego postoju wyszedłem z samochodu bardziej zrelaksowany niż gdy do niego wsiadałem.

Jakość składników = jakość dania.

Kolejna kwestia to materiały. We wcześniejszych modelach Volvo bywało z tym różnie, raz lepiej, raz gorzej, ogólnie nie można było narzekać, ale też nie było czym się szczególnie zachwycać. Nowe kombi zmienia ten obraz. Widać, że duża wagę przyłożono właśnie do jakości użytych materiałów jak i ich spasowania. To światowa ekstraklasa. Można się przyczepić, że mamy tutaj nieco mniej gadżetów niż u konkurencji, że brak jakiś efekciarskich funkcji, światełek, bajerów i wodotrysków. Ale to przecież nie jest świat Volvo. Tutaj od razu czujesz, co chcieli uzyskać projektanci. Chcieli mieć auto proste, ale w stylu high-end.

Nawet kratka nawiewu wygląda elitarnie

To trochę tak jak z pieczonym łososiem. Danie tak proste, że każdy kuchenny laik może je zrobić całkiem nieźle i szybko. Ale kiedy pójdziecie do drogiej restauracji w Sztokholmie i zamówicie to samo danie poczujecie różnice. Różnica, ta powstaje po pierwsze w wyniku zastosowania produktów najwyższej jakości i sposobu obróbki, który niby jest taki sam jak w domu, a jednak różni się paroma detalami. Dzięki temu uzyskujemy nie zwykłego łososia pieczonego z Biedronki, a fenomenalne danie godne królewskiego podniebienia.

Panie redaktor, może w końcu się do czegoś przyczepisz?

Muszę przyznać, że już trochę mi źle z faktem, że wciąż chwalę V90tkę i to nawet mimo tego, że jestem nią totalnie oczarowany. Przyspieszę więc sekcję pochwał nad wnętrzem i zaraz przejdziemy do paru wad. Podsumowując, mamy masę miejsca, ocean komfortu, bardzo dobre materiały i jakość wykończenia, do tego dodałbym jeszcze bardziej niż niezłe audio i pozycję za kierownicą, a teraz czas na trochę krytyki.

Zobacz również:   TEST Ford Edge, czyli owoc miłości amerykańsko-europejskiej.
Mam mieszane uczucia, co do kierownicy…

Po pierwsze wirtualny kokpit. Nie jestem jakimś szczególnym fanem tego rozwiązania, ale ok rozumiem, że gonienie króliczka wymaga od producentów pakowania wszędzie gdzie się da tego ustrojstwa. I rzeczywiście można się do niego przekonać jeżeli jest proste w obsłudze i faktycznie bardziej pomaga, niż przeszkadza poprzez absorbowania naszej uwagi na jego obsługę. Niestety intuicyjność działania tego elementu w Volvo pozostawia nieco do życzenia. Jest to o tyle dziwne, że sam system multimedialny jest niemal wzorowy i bardzo prosty w działaniu. Inżynierowie nie potrafili jednak przenieść tego na wirtualne zegary.

Druga rzecz to kierownica. Nie, że jest niewygodna czy w złym rozmiarze. Po prostu jej wygląd kompletnie mi tutaj nie pasuje. Może nadawałby się do mniejszych modeli, szczególnie takich jak XC40 czy V40, ale tutaj ten jej śmieszny kształt zwyczajnie odstaje od reszty. Przydałoby się coś co wygląda odrobinę poważniej. Czy są jakieś inne wady wnętrza szwedzkiego kombi? Możliwe, że tak. Ja jednak ich nie stwierdziłem przez te prawie 2 tysiące kilometrów za kółkiem.

Mróz, mocno dawał się we znaki, ale tylko mi, Volvo było w swoim żywiole.

Brakujący cylinder.

Dobrnęliśmy teraz do kwestii, która budzi w nowych autach Volvo największe kontrowersje, czyli silnik. Pod maską naszej testówki znalazł się dwu-litrowy diesel o mocy 235 koni i 480 Nm. Całkiem spoko no nie? No właśnie nie. A dlaczego? Bo to najmocniejszy diesel w ofercie producenta i z tego co mi wiadomo, to nie planują wkładania pod maskę V90 nic mocniejszego. Oczywiście chodzi mi o motory wysokoprężne, bo z benzyniakami sprawa ma się nieco lepiej. Co prawda i tak możemy mieć pod maską jedynie 2 litry, za to we współpracy z silnikiem elektrycznym generujące ponad 400 koni, co już brzmi bardzo dobrze.

Wróćmy jednak do naszego diesla oznaczonego emblematem D5. Fakt nie można mu zarzucić, ani braku dynamiki. Ludzie jak to chodzi bokami po zaśnieżonych drogach Suwalszczyzny! Szczerze mówiąc nie spodziewałem się tyle frajdy po statecznych kombi. Nie można mu zarzucić, że katuje nasze uszy słabym dźwiękiem. A to dlatego, że praktycznie go nie słychać. Jedyną okazją kiedy jego klekot dał się we znaki to moment gdy odpalałem go po najzimniejszej nocy w tym roku, kiedy to temperatura na zewnątrz sięgnęła minus 25 stopni, można więc to wybaczyć.

Szwecję czuć na każdym kroku, za to Chin nigdzie nie widać.

Nie można mu również odmówić oszczędności, bo na trasie spala około 5 litrów przy prędkościach rzędu 140 km/h, a w mieście około 8-8,5 litra przy dynamicznej jeździe. Frapuje mnie jednak fakt, że te stare 5-cio cylindrowe diesle, były jednak jakieś bardziej przyjemne dla użytkownika. Brzmiały bardzo dobrze jak na motor zasilany ropą i były niebywale elastyczne nawet z manualną przekładnią. Tutaj mam wrażenie, że gdyby nie genialna 8-mio biegowa skrzynia automatyczna, sytuacja nie byłaby tak kolorowa.

Jestem Juha Kankkunenem!

To jednak tylko moje subiektywne odczucie i bardzo możliwe, że Wy nie odczujecie żadnego braku jednego cylindra. Co jeszcze o samym prowadzeniu? Obniżone i utwardzone zawieszenie w wersji R-line połączone z 20 calowymi felgami, nie wróżyły dobrze jeżeli chodzi o komfort zwłaszcza na mocno zniszczonych drogach Suwalszczyzny. Volvo stanęło jednak na wysokości zadania i mimo tego zestawu, komfort był na poziomie znacznie przewyższającym słowo „zadowalający”, a do tego dochodzi świetne prowadzenie. Nie jest zbyt angażujące, właściwie jak chcecie to jest kompletnie nieangażujące, a przy tym oferuje bardzo dobrą kontrolę nad autem, nawet jeżeli chcecie trochę poszaleć.

Zobacz również:   [TEST] Renault Kadjar TCE 130 Intens
Dwu litrowy diesel spisywał się świetnie, ale nostalgia za 5-cio cylindrowcami pozostała.

Jak z napędem? W naszej testówce był on realizowany na 4 koła i w wersji D5 nie ma nawet możliwości żeby było inaczej. Samochód zachowuje się jakby jechał po szynach i to w każdych warunkach. Nie ma dla niego znaczenia, czy jedziecie po gładkim asfalcie, bo dziurawej drodze powiatowej, czy po zaśnieżonych dróżkach Wigierskiego Parku Narodowego. Nigdy Volvo nie da Wam odczuć strachu związanego z niepewnym prowadzeniem, wszędzie jedzie tak jakby droga była idealna. Do tego akurat Szwedzi już zdążyli nas przyzwyczaić i równocześnie zdążyli nas odzwyczaić od odrobiny szaleństwa. A V90 na nie pozwala, możemy odłączyć elektroniczne kagańce, przestawić się w tryb sport i ustawić skrzynię na tryb manualny a wtedy dostajemy auto idealne do zabaw na śniegu. Mimo swoich gabarytów zwrotne, zwinne i poręczne i niemal dziecinnie łatwe do opanowania w pięknych, „czterołapowych”, długich slajdach.

Czapki z głów, mimo mrozu!

Weekend minął, mróz nieco zelżał i przyszedł czas na oddanie pięknego kombi. Muszę przyznać, że kluczki zwracałem z wielkim żalem. Możliwe, że nie jestem do końca obiektywny, ale ludzie zakochani rzadko kiedy tacy są. Możliwe, że zauroczony V90 nie zauważyłem jakiś jego wad. Możliwe, że będziecie twierdzić, że niemiecka konkurencja jest od niego lepsza, bo to, albo tamto. Możliwe, że nie przypadnie Wam do gusty chłodny, minimalistyczny design. Ale wiecie co? Dla mnie V90 to ideał w swojej klasie. Jego wygląd wpasowuje się w mój gust, jak dłoń w rękawiczkę.

Jedno słowo: FENOMENALNY!

Ubóstwiam jego wnętrze i to jak magicznie sprawia, że im dłużej nim jedziesz, tym bardziej jesteś wypoczęty. Uwielbiam jego dziesiątki elektronicznych wspomagaczy, dzięki którym możesz skupiać się na prowadzeniu tylko w minimalnym stopniu. Cenię to, że w korku wystarczy siedzieć za kierownicą, a auto samo będzie robić za mnie wszystko. Kocham jego drugą naturę, że kiedy najdzie was na to ochota możecie tym statecznym kombi robić z siebie wariata latając bokami po szutrze, czy śniegu. Może parę rzeczy bym w nim zmienił, ale póki co jest moim ideałem dużego kombi i kochałbym go jak członka rodziny. Volvo wielkie ukłony z mojej strony, zrobiliście to w czym jesteście najlepsi i jest to Wasze najlepsze dzieło do tej pory. I powiedzcie mi teraz jak ja po tym wszystkim mam wsiąść do małego, nudnego japońskiego crossovera?

Dodaj komentarz